[...] Ania bardzo źle zniosła operację. Objawy nowotworowe gwałtownie się nasiliły. Płyn w jamie otrzewnowej zaczął zbierać się w zwielokrotnionym tempie. Pani doktor M. wyznaczyła termin wizyty w Instytucie w celu usunięcia szwów i podjęcia decyzji co do dalszej terapii. Wspomniane fakty: wyznaczenie terminu wizyty i dalsza terapia, są niezwykle ważne. W dalszych rozdziałach będzie można zobaczyć, jak zachowanie i postawa pani doktor M. ewoluowały w trakcie leczenia Ani. Czas, by wyjaśnić, jaki związek mają hieny, entropia i przebieg leczenia Ani.
Jeszcze tylko jedna uwaga dla tych, którzy doszli do wniosku, że pewnie nienawidzę wszystkich lekarzy. Już za chwilę, już za moment, w następnym rozdziale, wkroczą na scenę lekarze zgoła odmienni od tych spotkanych dotychczas. Naprawdę, ja nie nienawidzę lekarzy, bardzo wielu z nich podziwiam, szanuję i jestem wdzięczny za ich zaangażowanie oraz życzliwość, jaką okazali mojej żonie.
Wracając do hien. To jest oczywiście zamierzona prowokacja, bo hieny to bardzo pożyteczne i potrzebne w ekosystemie zwierzęta. Hiena działa jak ogniwo w cyklu energetycznym natury, odzyskuje energię z resztek, które mogłyby zostać zmarnowane. Podobnie w fizyce energia nie znika, lecz przechodzi z jednej formy w inną, na przykład w układach zamkniętych energia kinetyczna i potencjalna przekształca się, by napędzać inne procesy. Są katalizatorem przyśpieszającym reakcje chemiczne, rozkładając lub łącząc związki w sposób bardziej efektywny. Przyspieszają recykling materii organicznej, pomagając w jej rozkładzie i dostępności dla innych organizmów.
Hiena działa także jak naturalny filtr, usuwając potencjalne źródła chorób (rozkładające się ciała) i utrzymując równowagę w ekosystemie. Niestety zwierzęta te często budzą negatywne skojarzenia. Zapewne większości przychodzą na myśl filmy przyrodnicze albo kultowe kreskówki, w których zwierzęta te występują jako wiecznie chichoczące, podstępne i tchórzliwe zjadacze padliny. Hiena wcale nie jest takim tchórzem ani oportunistą, za jakiego czasem się ją uważa. W stadzie, które w świecie tych zwierząt nazywane jest klanem, obowiązuje ściśle ustalona hierarchia, a rządzą samice. Ich wspólne polowania są często tak skuteczne, że naprawdę nie ustępują w tej kwestii słynnym lwom. W dodatku hieny komunikują się bogatym repertuarem dźwięków: od charakterystycznych śmiechów, przez pomruki, aż po piskliwe pohukiwania. Jeśli się im przyjrzeć, okazuje się, że to całkiem towarzyskie stworzenia o złożonej strukturze społecznej, która może zafascynować niejednego badacza.
Niestety z jakichś powodów hiena utknęła w zbiorowej wyobraźni jako istota mroczna i wredna. Frazeologizm „hiena cmentarna” nie należy przecież do pochlebstw. Oznacza kogoś bezwzględnego i żerującego na cudzym nieszczęściu. A wystarczyłoby spojrzeć na fakty: hieny wcale nie polują na nasze emocje ani nie szczują słabszych, tylko robią to, do czego stworzyła je natura. Sprzątają resztki, zjadają to, czego inni nie chcą, i utrzymują środowisko w ryzach. Są niezwykle ważnym elementem w łańcuchu entropii środowiska naturalnego.
Po operacji i pobycie na sali pooperacyjnej Ania wróciła na salę ogólną. Leżały tam, poza żoną, dwie inne panie, również po zabiegach operacyjnych. Wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy z tą przedziwną sytuacją. Chyba nie napisałem wcześniej, że choć konsylium i badania
odbywały się w Instytucie, operacja była w innym szpitalu, w innym mieście. Pani doktor M. oraz nieznany nam inny lekarz z jeszcze innego ośrodka spotykają się tam raz w tygodniu, by operować. Jakoś wtedy, za pierwszym razem, nie przyszło nam do głowy, że jest to trochę dziwne. (Większość rzeczy, z którymi człowiek styka się po raz pierwszy w dziedzinie, o której nie bardzo ma pojęcie, nie wydaje mu się dziwna, ufa profesjonalistom. Nie analizuje ich też zbyt dokładnie, bo brak mu podstaw. Ja, przynajmniej wtedy, byłem w zakresie leczenia i procedur kompletnym dyletantem. NFZ przećwiczył nas w tej kwestii dosyć intensywnie: im dalej w las, tym więcej absurdów człowiek zaczynał dostrzegać).
Po tej dygresji wracam na salę ogólną. Ania wydaje się transparentna dla lekarzy na oddziale w Z., choć pielęgniarki traktują żonę jak jedną z pacjentek oddziału. Lekarze wręcz przeciwnie. Kompletnie nie interesują się samopoczuciem czy stanem Ani. Nie oni operowali, nie oni skierowali do szpitala, nie ich zmartwienie. Z każdą z pacjentek rozmawiają, wypytują co i jak, żonę nie. Ania niech się cieszy, że pozwalają jej tu leżeć. Już samo to było naganne i po prostu paskudne z czysto ludzkiego punktu widzenia. Kiedy natomiast poznaliśmy motywy zachowania lekarzy na oddziale…
Do sali wchodzi lekarz nr 1, doktor habilitowany. Nie będę nadawał im nawet literek w celu rozróżnienia, bo więcej nie pojawią się w tej historii. Istotne jest, że to doktor habilitowany, nie jakiś zwykły doktor. Podchodzi do swojej pacjentki. Uśmiechnięty, zadowolony, przyjazny. Wypytuje, opowiada o przebiegu operacji. Wszystko poszło OK, jest fajnie i w ogóle. Na zakończenie mówi:
– No i zapraszam panią do mnie do prywatnego gabinetu na wyjęcie szwów… – Tutaj pada data i godzina. – Nie musi pani już dzwonić i się umawiać, ja panią już wpisałem w kalendarz. Zobaczymy wtedy, jak się wszystko pięknie goi.
Za chwilę przychodzi lekarz nr 2, zwykły doktor. Rozmowa dokładnie taka sama, zakończona dokładnie tak samo, zaproszeniem do prywatnego gabinetu. Lekarz wychodzi. Do Ani oczywiście nikt nie przyszedł. Instytutowa pani doktor M. bywa tu na gościnnych występach raz w tygodniu, w środy, a był to piątek.
Panie na sali zadowolone, bo operacje poszły OK, ale jednak trochę skonsternowane. W końcu zaczynają rozmawiać.
– Wiesz co – mówi do Ani ta, u której był lekarz nr 2. – Nie stać mnie na kolejną wizytę u niego. On bierze ode mnie za każdym razem trzysta pięćdziesiąt złotych za zwykłą wizytę, boję się pomyśleć, ile weźmie za wizytę z wyciągnięciem szwów.
– To i tak masz dobrze, mój bierze za każdym razem pięćset złotych. Z wyciągnięciem szwów to pewnie weźmie z siedemset złotych, albo i więcej, a już i tak musiałam pożyczyć pieniądze od rodziny, żeby zapłacić za poprzednie wizyty – mówi druga z pań.
No niby fajnie, że się operacje udały, ale dziewczyny miały miny dość nietęgie. Na szczęście akurat obok sali korytarzem przechodziła pielęgniarka i usłyszała tę rozmowę. Rozejrzała się w lewo i prawo, czy korytarz jest pusty, weszła do sali i konfidencjonalnym tonem powiedziała:
– Co??? XXX chce, żeby przyszła pani do jego prywatnego gabinetu na płatną wizytę, żeby szwy wyciągnąć? Zrobi pani, jak uważa, może pani iść do niego na wizytę, ale on w ramach swoich obowiązków u nas w przychodni przyszpitalnej – ten sam budynek, tylko wejście od dolnego parkingu – robi to za darmo w ramach NFZ-etu. Wyciągnięcie szwów i kontrolna wizyta po operacji to nasz obowiązek jako szpitala. Normalna procedura.
Jakiego rodzaju człowiekiem trzeba być – z naciskiem na „człowiekiem”, bo, jak pisałem wcześniej, hieny niezasłużenie są obwiniane o podstępne i bezlitosne zachowania – by od chorujących kobiet, często od dawna przebywających na L4, przed którymi jest jeszcze długi proces rehabilitacji po operacji, wymuszać dodatkowe opłaty za standardowy, obowiązkowy zabieg? Ja rozumiem, że panie wcześniej chodziły do nich prywatnie, bo nie mogły się doczekać na wizytę w ramach NFZ-etu, choć i to woła o pomstę do nieba. Szybkość w diagnozie często decyduje o skuteczności leczenia. Nie oszukujmy się też, prywatna wizyta u specjalisty może w magiczny sposób przyspieszyć termin przyjęcia do szpitala, w którym specjalista pracuje w ramach NFZ-etu i przeprowadza zabiegi. Tutaj panowie są poniekąd usprawiedliwieni, po prostu wypełniają niszę w systemie, który jest niewydolny.
Ale to zachowanie po operacji to już dla mnie za dużo. To jak wymuszanie haraczu. Jeszcze tylko brakowało, żeby jeden z drugim powiedział:
– No wie pani, ja wyjmuję szwy w ramach NFZ-etu tu w przychodni, ale wie pani, po przychodni mogą być komplikacje, a u mnie w gabinecie gwarantuję, że będzie pani zadowolona. [...]